Artykuły
Kilka luźnych refleksji o roku 2008 w muzyce rockowej
Data dodania: 01.01.2012
Czy odmieniane w tym roku przez wszystkie przypadki słowo kryzys dotyczy także muzyki rockowej? Owszem i nie mam tu na myśli malejących słupków prezentujących sprzedaż płyt, ale przede wszystkim to, że w tym roku dostaliśmy niewielką ilość naprawdę świetnej muzyki rock/metalowej. Ale to właściwie nic nowego, kiepsko jest od kilku lat. A zapowiadało się naprawdę nieźle. Nowe płyty AC/DC, Judas Priest, Guns and Roses, Motorhead, Metalliki, Queen+ z Paulem Rodgersem, R.E.M... Cóż, bohaterowie są już zmęczeni, a młodych gniewnych ze świeżą energią i pomysłami naprawdę niewielu.
To kolejny rok w którym zabrakło płyt, które by nie tyle mną nawet wstrząsnęły i powaliły, co po prostu zatrzymały przy sobie na dłużej. Do tych nielicznych należy Death Magnetic Metalliki. Pierwszy singiel przyjąłem ze sporą dozą nieufności i rozczarowaniem, ale gdy w końcu usłyszałem całość... na to czekałem. Metallica powróciła nie tyle do starych wzorców i klimatów, ile przede wszystkim do wysokiej formy. Wielowątkowe,rozbudowane i ciekawe kompozycje, porządna dawka czadu, kapitalne solówki, Hetfield znów w bardzo dobrej formie wokalnej. O to chodziło! Taki album był potrzebny całemu metalowemu światu. Metallica to w końcu największa marka całego gatunku z największym przebiciem w stacjach radiowych i telewizyjnych. Dzięki nim znów w mediach można było usłyszeć ciężkie brzmienia. Niewątpliwie jeśli miałbym wskazywać album roku, byłby to właśnie Death Magnetic.
Sporo czasu spędziłem też przy Chinese Democracy Guns and Roses. To wydarzenie przede wszystkim medialne, aniżeli artystyczne, przecież na ten album czekaliśmy kilkanaście lat. Czy było warto? Powiem tak, byłoby znacznie lepiej, gdyby całość firmowana była nazwiskiem Axla Rose, bo z Guns and Roses, jakie do tej pory znaliśmy, album ma niewiele wspólnego. Z pewnością album zostałby lepiej przyjęty, a i rozczarowanie byłoby mniejsze. Płyta jest na pewno ciekawa, świetnie brzmi, ma sporo smaczków, kilka naprawdę znakomitych utworów, ale jest strasznie nierówna. Na pewno czkawką odbiło się nieskończone przesuwanie premiery - na płycie mamy miszmasz klimatów i niezliczoną ilość muzyków, biorących udział w nagrywaniu (w jednym z utworów gra 6-ciu gitarzystów,dwóch perkusistów, dwóch basistów, trzy osoby obsługują klawisze, do tego melotron, orkiestracje, bębny programowalne...). Ale fajnie, że ten zespół wrócił na scenę, oby na dłużej. Przyznam, że słuchając linie wokalne będącego w znakomitej formie wokalnej Axla w takich utworach jak Better czy There Was a Time, jestem w stanie wybaczyć mu wiele.
Wydarzeniem, choć jeśli chodzi o jego medialność to na znacznie mniejszą skalę, był album z premierowym materiałem grupy Queen + Paul Rodgers. I tu - znów - przede wszystkim zarzut szyldu - należę do tych, którzy nie mogą zaakceptować tego, że May i Taylor nie chcieli zrezygnować z dawnej nazwy. A sama muzyka? Najprościej określić ją mianem "sympatyczna", przyjemnie się jej słucha i... tyle. Przyzwoity rock, z kilkoma udanymi balladami, w niewielkim stopniu nawiązujący do dawnych dokonań i daleki od ich wielkości.
Mile zaskoczyli mnie w tym roku R.E.M. (świetny singiel, dobry album), poziom utrzymał Coldplay (całkiem udany lifting). Pozytywną muzykę zaprezentował zespół Stone Gods (czyli osieroceni przez J. Hawkinsa muzycy z The Darkness), jednakże ciężko powiedzieć, żeby mocno wybijała się ona ponad przeciętność.
Czas przejść do największych rozczarowań. Numer 1 - Judas Priest i ich Nostradamus. Angel of Retribution to było takie "dla każdego coś miłego" na rozgrzewkę, które miało dogodzić fanom wszystkich muzycznych wcieleń zespołu, teraz dopiero mieli nam pokazać... I pokazali album pretensjonalny, a przede wszystkim koszmarnie nudny - przesłuchanie go w całości to naprawdę droga przez mękę. Mariaż z muzyką niby-operową i klasyczną kompletnie się nie udał, powstała płyta po prostu niestrawna. Okazało się, że nie zadziałała taka magia i chemia, jak w przypadku Iron Maiden, a muzycy znacznie lepiej radzili sobie osobno, aniżeli po ponownym zejściu. Mam nadzieję, że jednak nas jeszcze zaskoczą.
Równie mocno rozczarowały mnie płyty AC/DC i Motorhead Ci drudzy nagrali album nijaki, najsłabszy od lat, Ci pierwsi album po prostu totalnie przeciętny. Niby wszystko gra, stary sprawdzony styl, doskonale znane patenty, ale tym razem nie działało. Zabrakło po prostu porywających kompozycji. Nijak prezentuje się też Along Come a Spider Alice'a Coopera...
Wydarzeniem, które mnie najbardziej zabolało i zasmuciło była śmierć Ricka Wrighta, która na zawsze zamyka spekulacje o powrocie Pink Floyd w oryginalnym składzie...
Na polskim podwórku warto odnotować nowe albumy Comy, Cool Kids Of Death i Lao Che, które ugruntowały w naszym kraju pozycję tych zespołów, a także doskonale przyjętym debiucie Much, które sporo namieszały, podobnie jak śpiewający Czesław. To głównie ci artyści przebijali się do szerszej publiczności i o nich było głośno. Ze starej gwardii
doskonale trzymają się Kazik (album z coverami Silnej Grupy pod Wezwaniem), Acid Drinkers (niestety, świetny album przesłoniła ogromna tragedia - śmierć Olassa), Homo Twist, Voo Voo...
Coraz lepiej wygląda też nasz rynek koncertowy. W 2008 roku odwiedzili nas m.in. The Police, Bob Dylan, Metallica, Eric Clapton, Iron Maiden, Down, Megadeth, The Cure, Korn, Cavalera Conspiracy... Pod tym względem prawie nie ustępujemy już Zachodowi. Prawie, bo jednak wciąż często zdarzają się nam wyjazdy do Pragi, zawsze podsumowywane zdaniem "kiedy u nas będą takie hale?".
Jednym z głównych tematów tego roku były nieustające spekulacje wokół Led Zeppelin, które najprawdopodobniej zakończą się trasą bez Planta i pod innym szyldem oraz ciągłe zapowiedzi śmierci płyty CD. Prasa, ale przede wszystkim sieć zapełniła się wypocinami dyletantów zapowiadających śmierć poczciwego cd-ka i rzekomo długo oczekiwany przez wszystkich triumf mp3. I co, że niby zamiast patrzeć z dumą na wypełnione płytami półki będziemy z uśmiechem na ustach przeglądać katalogi i cyfrowy tekst zamiast książeczek? Niedoczekanie...
No cóż, ode mnie to tyle. Z pewnością w ciągu najbliższych lat odkryję jeszcze mnóstwo ciekawej muzyki z "datą produkcji" 2008, której do tej pory nie miałem czasu lub okazji wysłuchać. Może ten rok wcale nie był jednak taki zły?