Twój przewodnik po świecie rocka

Black Label Society

Order Of The Black

Data wydania: 2010

Wytwórnia: Roadrunner Records

Typ: Album studyjny

Producent: Zakk Wylde

Ocena: 5 /10

Cztery lata przerwy między płytami, to coś, czego dotychczas w twórczości Black Label Society nie było. Sporo się w życiu Zakka Wylde'a w tym czasie zdarzyło. Dorobił się własnego studia, za lekko wymuszonym porozumieniem stron pożegnał się z grupą Ozzy'ego Osbourne'a oraz z powodu kłopotów zdrowotnych musiał przejść na abstynencję. Idealne warunki na nagranie płyty, która zatrze ślad po kiepściutkim Shot To Hell. Ktoś zaprzeczy? A może ktoś wytłumaczy, jak w takich okolicznościach mogła powstać płyta tak rozczarowująca? Ech...

Ok, zniknął lukier Shot To Hell, jest mniej wielogłosów w refrenach i nakładek wokalnych a'la Ozzy, mniej "aaaa", "oooo", "oh yeah". W zamian wróciło więcej surowizny i czadu. Czyli, w teorii kierunek właściwy. Problem w tym, że wszystko to w stylu "ale to już było", z tą różnicą, że bez tak udanych melodii, riffów i solówek, jak wcześniej. I z gorzej śpiewającym, a właściwie w większości przypadków jednostajnie krzyczącym, Zakkiem.

Ot, weźmy otwierające Crazy Horse z dziwnie znajomym riffem (pamiętacie początek Stronger Than Death?) - taki utwór otwiera album? Albo Black Sunday czy Godspeed Hellbound - dawka energii niezła, ale gdzie są do cholery melodie i czemu linie wokalne są tak monotonne? W efekcie, w głowie po przesłuchaniu nie zostaje nic. No i solówki, w większości przypadków przykro wtórne - gdzieś zniknęła świeżość, oryginalność, moc. Smutne.
Zatem z czadami kiepsko. A ballady? W stylu tych z Shot To Hell i na podobnym poziomie, choć tym razem strzału w postaci Lead Me To Your Door zabrakło. Najbliżej sięga Darkest Days z niewątpliwie urokliwymi zwrotkami.

A więc nie oszukujmy się, płyta bardzo rutyniarska i przeciętna. Ma niezłe momenty, ma całkiem udane utwory (niesiony przez najbardziej udany na płycie riff Overlord czy Parade of the Dead - typowy BLS z cyklu "jazda bez trzymanki" a'la Concrete Jungle). Niemniej jednak przez większą część, niestety, przynudza. Dostajemy sporą dawkę energii i nic więcej.

Autor: Maciej Wilmiński

Data zamieszczenia: 01.01.2012

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. Publikowanie, kopiowanie i wykorzystywanie materiałów z tej strony w całości lub fragmencie bez zgody redakcji JEST ZABRONIONE.

Copyrights © ROCKERS-TEAM 2008-2012

Design by: mierciuProduction