Twój przewodnik po świecie rocka

Iron Maiden

The Final Frontier

Data wydania: 2010

Wytwórnia: EMI

Typ: Album studyjny

Producent: Kevin Shirley , Steve Harris

Ocena: 7 /10

Długie, elektroniczne, lekko industrialne i zdecydowanie za bardzo rozciągnięte intro przez chwilę daje złudzenie, że w Iron Maiden zaszły zmiany. Ale czy ktoś spoglądając na okładkę, czytając tytuły, czasy i kompozytorów utworów takowych się spodziewał?

Właśnie - The Final Frontier to Iron Maiden jakie znamy i lubimy. Dodajmy, jakie znamy i lubimy z A Matter Of Life And Death. Bez żadnych zaskoczeń, zmian i nieprzyjemnych niespodzianek, z dobrze znanymi zagrywkami i klimatami. No może momentami utwory współkomponowane przez Adriana Smitha (nota bene sześć z dziesięciu tu zgromadzonych) bardziej przypominają klimaty, które tworzył wspólnie z Brucem Dickinsonem w czasie jego kariery solowej...

Podobnie jak w przypadku poprzedniego, nie jest to album, o którym po pierwszych przesłuchaniach możemy powiedzieć wszystko. Wydaje się, że takie Iron Maiden bezpowrotnie już minęło. Teraz potrzeba czasu na oswojenie się, wgryzienie w tę muzykę... Generalnie - pierwsze pięć utworów to klimaty hard-rockowe a'la Fear Of The Dark czy No Prayer For The Dying, drugie pięć typowa dla współczesnego Maiden progresywność, epika.

Część rockowa, całkiem, całkiem. Poza nudnawym (nie wiedzieć czemu promującym album El Dorado), reszty utworów słucha się z prawdziwą przyjemnością. Otwierający (po wspomnianym nudnawym wstępie) Satellite 15...The Final Frontier chwyta prostym, ale i nośnym refrenem i znakomitymi solówkami, Mother of Mercy wyróżnia fajny riff, ciekawe gitarowe zagrywki i dobre wokale Dickinsona (choć wiadomo górki - już nie te, co kiedyś), Coming Home to przyjemna wariacja na temat Out of the Shadows z poprzedniej płyty plus znów udane solo, a The Alchemist porywa szybkim tempem (choć nie jest to utwór, który zapadałby w pamięć).

Jeżeli zaś chodzi o drugą część albumu, to niby wszystko super, niby słucha się tego dobrze, a jednak pozostaje niedosyt. Główne zarzuty - przydługawe wstępy (Isle of Avalon, The Talisman) i mała wyrazistość. Wydaje się, że zespół trochę zatracił zdolność tworzenia wyrazistych, zapadających w pamięć riffów i melodii. W pamięci pozostaje sporo refrenów (Isle of Avalon, Starblind, zaskakująco forsowny i wysoki The Talisman), jednak poza nimi tak naprawdę niewiele więcej. Brakuje tak wyrazistych gitarowych riffów, pasaży czy solówek, jakie słyszeliśmy na poprzednim albumie, serce mocniej bije właściwie tylko w Starblind... Właśnie. Od samego początku, gdy w Iron Maiden zaczęło grać trzech gitarzystów, narzekano, że tego nie słychać. Potem jakoś się do tego przyzwyczajono, ale tu znów trzeba się do tego przyczepić - absolutnie tego nie słychać, absolutnie ten potencjał nie jest wykorzystywany.

Osobny rozdział stanowi kończące całość jedenastominutowe dzieło Harrisa When the Wind Blows. Niewątpliwie intrygujące i udane, z ciekawym tekstem, jednakże... Może irytować niezwykle prosta, wręcz ogniskową melodią wyśpiewywaną przez Dickinsona na początku, który skądinąd śpiewa w tym utworze dość dziwne linie wokalne. W efekcie - mały dysonans. Ale naprawdę, mały...

Jest troszkę słabiej niż ostatnio, bez żadnego wyraźnego ciosu i bez specjalnych uniesień. Po prostu bardzo solidnie i przyjemnie w odbiorze. Myślę jednak, że większość powinna być usatysfakcjonowana.

Autor: Maciej Wilmiński

Data zamieszczenia: 01.01.2012


Ocena: 4 /10

Na piętnasty album studyjny Iron Maiden czekałem ze sporym zaciekawieniem. Już nie z wypiekami na twarzy jak dawniej, ale ze zwyczajną ciekawością co pokażą tym razem i jak odniosą się do ostatnich własnych dokonań, a w szczególności do surowego A Matter Of Life And Death. Singiel promujący album z utworem El Dorado rozczarował, ale nie było to zaskoczeniem, wszak od czasu świetnego The Wicker Man z 2000 roku żaden ich promujący singiel specjalnie nie porywał. Ze spokojem zatem oczekiwałem całości.

Pierwsze przesłuchanie nie przyniosło w zasadzie kompletnie żadnych wniosków ani przemyśleń. Dopiero dłuższe obcowanie z The Final Frontier przyniosło mnóstwo refleksji związanych z nową muzyką Londyńczyków, którą odbieram jako najbardziej progresywną w ich karierze. Niestety - szybko przekonałem się, że nie mam do czynienia z dziełem wybitnym.

The Final Frontier ewidentnie można podzielić na dwie części. Pierwsze pięć kompozycji to muzyka taka, do jakiej nas przez lata przyzwyczaili a drugie pięć - progresywne podejście do niej, już chyba na śmiertelnie poważnie. Intro Satellite 15 przez chwile daje nadzieję na coś... wyniosłego i mistycznego, jednak przez to, że ciągnie się w nieskończoność, dość szybko traci swój urok. Nie pomagają banalnie proste, słabe i nudne El Dorado wraz z kompozycją tytułową ani Mother of Mercy będące chyba najgorszą kompozycją z The Final Frontier, w którą wpleciono na dodatek motyw żywcem wyjęty z No More Lies. Sytuację na chwilę ratuje Coming Home będące najbliżej solowych dokonań Dickinsona spod znaku Tears of the Dragon czy Out Of The Shadows z poprzedniego albumu. The Alchemist pokazuje jednak, że albo panowie nie mają już pomysłu na klasyczny heavy metal albo, że bardziej przejęli się swoją nową rolą najeźdźców progresywnych terenów.

Pięć ostatnich kompozycji pokazuje Iron Maiden z bardzo ambitnej, skomplikowanej, trudnej i inteligentnej strony. Pokazuje ich jako muzyków, którzy potrafią jeszcze naprawdę nieźle pogmatwać sobie to, co napisali, zrobić wszystko w jeszcze bardziej skomplikowany sposób niż by można było przewidywać. Zdecydowanie znakomicie wypadają Isle of Avalon, The Man Who Would Be King i zamykające całość When the Wind Blows. Natomiast The Talisman jest zwyczajnie nudne, a Starblind po prostu pseudoprogresywne - Harris i spółka sprawiają tu wrażenie, jakby chcieli wcisnąć w te prawie osiem minut wszystko co się da, wszystko czego się przez lata nauczyli i jeszcze na koniec udowodnić, że potrafią zagrać tak dobrze, jak nigdy dotąd. Efekt jak dla mnie iście groteskowy.

Główny problem The Final Frontier leży w tym, że całości po prostu brakuje pomysłów. Nie potrafię też sobie w żaden sposób wyobrazić tego materiału na żywo, obok starych kompozycji, może oprócz singlowego El Dorado. Jest to przede wszystkim drastycznie inne, drastycznie oddalone mentalnie od starszych albumów. Niby to wciąż Iron Maiden, ale jednak nie do końca takie, jakie znamy. Muzycy przez nowy materiał zdają się mówić: "jeśteśmy Iron Maiden i teraz tak gramy. Jeśli ci się nie podoba, to nie słuchaj". I bynajmniej nie jest to łabędzi śpiew. Przez lata liczyłem na to, że nagrają coś innego, coś progresywnego, coś trudnego. Nagrali i to niejedno, ale w tej nadal dziedzinie przoduje niezmiennie The X Factor. Nie podoba mi się nowy album i nie jestem też w stanie spojrzeć na niego pozytywnie. Uważam, że The Final Frontier to wtórność, momentami wręcz groteska i tym razem nie zjadanie własnego ogona, ale minięcie się z nim w ogóle. Nawet najsłabsze według większości fanów No Prayer For The Dying czy Virtual XI miały w sobie więcej ducha Iron Maiden

The Final Frontier to najsłabszy album Iron Maiden. Niestety.

Autor: Paweł Tkaczyk

Data zamieszczenia: 01.01.2012

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. Publikowanie, kopiowanie i wykorzystywanie materiałów z tej strony w całości lub fragmencie bez zgody redakcji JEST ZABRONIONE.

Copyrights © ROCKERS-TEAM 2008-2012

Design by: mierciuProduction